Przejdź do treści

Ratunek w drzewach

Dodane: Wtorek, 02 października 2012

Szacuje się, że w okresie wojny siedmioletniej wokół samego tylko rynku posadzono ponad 50 drzew morwowych. Dalszych 100 wzdłuż przylegających do niego ulic i na prywatnych posesjach. W latach 1758-1760 drzewostan w Polkowicach powiększył się niemal dwukrotnie.

 

Wojna wojną, a gospodarkę trzeba trzymać żelazną ręką - zdawał się myśleć Fryderyk II Hohenzollern, i nie pozwolił Austriakom zburzyć jego misternego planu unowocześniania pruskich miast. Co prawda koleje wojny toczyły się ze zmiennym dla Prusaków szczęściem (już w pierwszym roku wojny austriacki oddział ograbił Polkowice z pieniędzy i zboża) ale polityka jakościowa króla dawała szybko efekty. Z państwowej kasy nie tylko finansowano rozbudowę, przebudowy i unowocześnianie pruskich miast, ale także sprowadzano osadników z odległych krain niemieckich. W Polkowicach królewscy urzędnicy w porozumieniu z przedstawicielami magistratu zaplanowali m. in. budowę nowego budynku ratusza (jeszcze nie tego, który stoi do dziś, na ten przyjdzie zaczekać prawie sto lat), wyburzenie drewnianej zabudowy wokół rynku i zastąpienie jej murowaną, oraz likwidację części murów miejskich. Najciekawszym jednak z dzisiejszego punktu widzenia posunięciem była realizacja planu masowego zadrzewiania Polkowic. Ten autorski projekt magistratu został sfinansowany w części przez miasto, ale duży jego ciężar mieli ponieść także prywatni właściciele. najwięcej uwagi władze miejskie przykładały do masowego wręcz zasadzania drzew morwowych. Dlaczego? Jak mawiali starożytni - w każdym szaleństwie jest metoda. Tak samo było i w tym przypadku, bo plany magistratu były bardzo dobrze przemyślane. Jak wiadomo liście morwy to wielki, a właściwie jedyny przysmak jedwabników. Jedwabniki zaś charakteryzują się tym, że z ich przędzy można tkać materiał o wielkiej urodzie i jeszcze większej wartości rynkowej. Na to też liczył magistrat, żeby podreperować swój budżet po niedawnej wizycie Austriaków i ciągłych kontrybucjach na rzecz pruskiej armii. Szybko zabrano się więc do dzieła, tym bardziej, że polkowicki klimat sprzyjał zarówno morwowym jak i ich owadzim pożeraczom. Morwami obsadzono rynek, park, wszystkie miejsca publiczne, place po murach miejskich a nawet cmentarz. Morwy posadzono także na tych podwórzach, których właściciele się na to zgodzili. A jak się nie zgodzili na morwy, to magistrat nakazywał im posadzenie wzdłuż drogi przy swojej posesji innych, mniej użytkowych drzew. W przypadku zamieszkiwania przy Drodze Wojskowej (der Heerweg) miało to być nie mniej jak 10 nasadzeń. Jednak celem samym w sobie były morwy. Dlatego miasto ochoczo dofinansowało powstający u wylotu ul. Głogowskiej sad morwowy, powstały przy wyburzonym a następnie nowocześnie odbudowanym gospodarstwie. Przypomnijmy, że słynny z goszczenia u siebie cara Aleksandra II Anton Lessel, jeszcze w 1829 r. miał na swoim wzgórzu (dziś okolice os. Polanka) ogromny morwowy sad. Kokony jedwabników przerabiano na jedwab w kilku miejscach, głównie w specjalnie przygotowanych do tego pomieszczeniach w domach wybranych gospodarzy. Sprzedażą gotowej tkaniny zajmował się magistrat. Najczęściej trafiała do Wrocławia i Frankfurtu n. Odrą. Przez pewien czas miasto zarabiało na produkcji, jednak dobra koniunktura szybko się skończyła i zdecydowano o zamknięciu całego interesu. Pozostały po nim drzewa, których jednak śladu próżno dziś szukać w Polkowicach.